Kim jest Vassula?

Na to pytanie ks. prof. René Laurentin odpowiada następująco: "Urodziła się w Egipcie z greckich rodziców, 18 sty­cz­nia 1942. Kiedy po­­­ślu­biła pracownika FAO, kariera jej mę­ża zmusiła ją do ży­cia w wie­lu krajach: 16 lat w A­fryce (Sierra Leone, Etiopia, Su­dan, Mo­­za­mbik, Le­­­­­­soto), kilka lat w Azji, w Bangladeszu. Vassula ma dziś dwóch dorosłych synów i mieszka w Grecji. Prawosławna, przeżyła w dzieciństwie sen, który dziś uważa za pro­roczy: Maryja przygotowywała ją do zaślubin z Chrystu­sem. Pó­­źniej o tym zapom­nia­ła. Była zadowoloną kobietą z wyż­szych sfer tego świa­­ta: natchniona malarka, pełna światowych po­wią­zań i sukcesów, mistrzyni tenisa, modelka w sto­licy Ban­g­ladeszu. Wszy­stkie te sprawy to dla niej dziś już prze­szłość: od listopada 1985 w Ban­gla­de­szu anioł stróż zaczął ją przygotowy­wać swymi o­rę­dziami do innych zadań. Przy pisaniu orędzi jej rę­kę poruszała si­ła nie do odparcia. Następnie Chry­s­tus prowa­dził da­lej jej rę­kę; nauczyła się też sły­szeć Je­go Głos. Ży­je już tylko dla Niego, mo­dli się sześć go­dzin dzien­nie, w czasie któ­rych rozmawia z Nim i o­trzymuje o­rę­dzia. Jej jasna sylwetka tchnie harmonijną równo­wa­gą wynikającą z głębokiego pokoju. Jej doskonały u­miar, dyskrecja, skromność, współ­brzmią z wielką we­­­­w­nętrzną pewnością. Vassula nie otrzymała religijnego wykształcenia. Orędzia prze­k­ra­­­czają ją. Stanowią dla niej łaskę, któ­­rą przyjmuje z ukrytym za­pa­­łem. Chociaż po­cho­dziła z rodziny prawosławnej, przez 30 lat (1955-85) jej noga nie stanęła w ko­ś­­ciele, chyba że z obo­wią­zków towarzyskich: z oka­zji ślu­bów i pogrzebów. Objawienie pry­wa­tne do­pro­­wa­dzi­ło ją do całko­wite­go nawrócenia. Tęskni tyl­ko za spo­t­­kaniem z Jezu­sem w życiu wiecznym, któ­rym już stało się jej życie. Ma świadomość swych ograniczeń pomimo pry­wa­­­tnych obja­wień: są one zawsze naznaczone oso­bo­­wo­ś­cią widzącego, noszą odcisk narzędzia. Nie ma au­­torytetu ani oficjalnej władzy, jedy­nie tę, któ­ra pły­­nie ze światła tkwiącego w orędziach. Są one prze­zna­­czone dla każdego w różnym stopniu, w peł­­nej wol­ności i w zgo­dzie z jego rozeznaniem. Vassula przyjmuje krytykę i zdaje się na pro­wa­dzącego ją Chry­­stusa oraz na rady swego kie­ro­w­ni­ka ducho­wego." To tylko krótki rys biograficzny sformułowany przez wybitnego teologa, autora licznych książek, cenionego badacza współczesnych zjawisk mistycznych, a w przeszłości - wykładowcy i członka Papieskiej Akademii Maryjnej oraz eksperta Soboru Watykańskiego II. Vassula była więc przed swoim nawróceniem mistrzynią tenisa, modelką, malarką. Kariera męża, pracownika ONZ, sprawiła, że żyła w różnych krajach świata, należąc do wyższych sfer. Po 30 latach obojętności religijnej powróciła jednak niespodziewanie do praktyk religijnych. Zaskakujące nawrócenie dokonało się dzięki niezwykłym łaskom, jakie początkowo odrzucała, obawiając się, że jest ofiarą iluzji. Jednak niezwykła treść jej książek i całkowita zgodność z nauczaniem Kościoła katolickiego (choć ta Boża sekretarka jest osobą prawosławną) świadczy jednoznacznie o Bożym pochodzeniu notowanych słów. Opublikowanie jej dziennika duchowego zaowocowało powrotem do Boga ateistów, ludzi oszukanych przez sekty, obojętnych religijnie. Rosnące zainteresowanie Orędziami sprawiło, że Kongregacja Nauki Wiary zaleciła początkowo wiernym ostrożność wobec pism nieznanej mistyczki. Jednak napływ świadectw zmusił Kongregację do weryfikacji stanowiska. W maju 1996 r. kard. Ratzinger zezwolił na rozpowszechnianie Orędzi pozostawiając wiernym wolność ich osądu, a w roku 2004 ukazała się drukiem obszerniejsza dokumentacja pt. Wyjaśnienia z Kongregacją Nauki Wiary. Była ona efektem prowadzonych z Vassulą rozmów wyjaśniających poszczególne tematy orędzi. Vassula nie przyjmuje honorarium za książki publikowane obecnie w 50 językach (m.in. na rosyjski, chiński i arabski). Jest posłańcem Bożej Miłości, dla którego jedynym celem jest spełnienie Bożego planu ukazania prawdziwego Oblicza Stwórcy i Ojca całej ludzkości. Prawdziwe Życie w Bogu to nie jest nowe objawienie, choć są w nim także spełniające się prorockie zapowiedzi (upadek WTC, tsunami w Azji, upadek dyktatury w Rumunii, przebudzenie religijne Rosji, wybuch elektrowni Fukushima). Jest w tych książkach zachęta do lektury Biblii i wyjaśnienie jej Ksiąg prorockich, jest zapowiedź wielkiego oczyszczenia duchowego ludzkości, zachęta do wejścia na drogę nawrócenia, kontaktu z Bogiem przez modlitwę, życie w nieustannej świadomości Bożej obecności. Bóg jest naszym Świętym Towarzyszem. Pragnie, abyśmy wszystko czynili wraz z Nim, powtarzając słowo "my" (Jezus i ja - zawsze razem). Czytając Orędzia mamy w miejsce imienia Vassuli wstawiać własne imię, aby zrozumieć, że Bóg tak osobiście pragnie przemówić do każdego człowieka. Vassula, natchniona przez Bożego Ducha zachęca do korzystania z sakramentu pokuty i Eucharystii, do uznania w Papieżu przewodnika danego nam przez Boga. Cały zaś Kościół wezwany jest do jedności przez pokorę i miłość, uniżenie się jego przywódców. Jej symbolicznym, lecz ważnym znakiem powinno być świętowanie Wielkanocy w tym samym dniu.
<Wybrałem cię, aby pokazać światu, jak jestem Miłosierny. Gdy­bym nie przyszedł cię odnaleźć tam, gdzie większość Moich dzieci znajduje się jeszcze dziś, byłabyś tam w dalszym ciągu wraz z innymi. Przychodzę ze względu na Moje nieskończone Miłosierdzie o­strzec was i przyciągnąć do Mnie...> (1.12.1987).

  

Vassula opowiada o początkach swego charyzmatu

 

Spotkanie z moim aniołem stróżem

 

Całkiem na początku jedną z pierwszych rzeczy, jaką mój anioł na­ry­sował na kartce papieru, było ser­ce. W centrum serca nary­so­wał ró­żę, tak jakby wy­­­ra­s­tała z niego. Potem grzecznie, ku memu wiel­­kie­mu zdu­mieniu, przedstawił się: «Daniel – twój a­nioł stróż».

Wy­wołało to moje zdziwienie, ale rów­no­cześnie na­peł­niło wielką ra­dością. Byłam tak szczę­śliwa, że pra­­wie unosiłam się chodząc po do­mu. Moje sto­py le­d­­wie doty­kały podłogi, a głośno powta­rzałam: «Je­­stem najbar­dziej szczęśliwa na świecie, jestem pe­w­na, że jako je­dy­na osoba na świecie, mogę poro­zu­mie­­­wać się w ten spo­sób z anio­łem stró­żem!»

Nazajutrz mój anioł powrócił w ten sam sposób. Spędziłam nie­ko­ń­­czące się radosne godziny na roz­mo­wie z nim. Na drugi dzień zno­wu wrócił i ze zdzi­wie­niem stwierdziłam, że przyprowadził ze so­­­bą wie­l­­ką liczbę aniołów z różnych chórów. Są­dzi­łam, że bramy Niebios zostały nagle szeroko o­t­war­te, bo mogłam swobodnie od­czuwać to wielkie prze­­mieszczanie się aniołów. Wydawali się wszy­scy o­żywieni i radośni, tak jakby oczekiwali na jakieś cu­downe wy­darzenie. Z po­wo­du ich wiel­kiej radości pomyślałam, że całe niebo świętowało. Po­tem wszy­s­cy aniołowie razem, jednym głosem za­śpiewali: «Szczę­ś­li­we wydarzenie ma się właśnie do­­konać!»

Rozumiałam, że niezależnie od tego, ja­kie to mia­ło być wy­da­rze­nie, dotyczy mnie bez­po­śred­nio. Jed­nak gdy próbowałam zgadnąć, nie uda­wa­ło mi się dowie­dzieć, o co chodzi. Cały dzień chór anielski śpie­wał ten refren, powtarzając te same słowa, robiąc jedynie kilka mi­nut przerwy między nimi. Za każ­dym razem, kiedy niebo otwie­rało się, aniołowie po­wtarzali ten sam refren.

Pierwsze słowa, jakie wypowiedział mój anioł stróż na temat Boga, były następujące: «Bóg jest bli­s­ko ciebie i kocha cię.»

Musiałam w tamtej chwili głęboko zranić Pana, bowiem słowa a­nioła nie wywarły na mnie naj­mniej­szego wrażenia. Przypominam so­bie, że – kie­dy tak do mnie powiedział o Bogu – pomy­śla­łam, że sło­wa te są całkiem normalne u anioła, ponieważ a­nio­łowie żyją blisko Boga. Nic nie odpowiedziałam i mój a­nioł nie powiedział nic więcej.

Po kilku dniach mój anioł stróż nagle zmienił po­s­tawę wobec mnie. Zauważyłam, jak jego wygląd stał się poważny. Głosem bar­dzo po­wa­żnym poprosił mnie o czytanie Słowa. Stwierdziłam, że nie wiem, co oznacza «Słowo», i zapytałam, co przez to ro­zu­mie. Wtedy wy­ja­ś­nił, że chodzi o Bi­b­lię. Na to mia­łam już gotową od­powiedź. Od­par­łam, że nie mam jej w domu. Polecił mi iść jej po­szukać. Nadal z nim dy­skutując stwierdziłam, że prosi mnie o rzecz nie­mo­żliwą, bo w kra­ju muzułmań­s­kim takim jak Bangladesz, w którym wtedy żyłam, w księgar­niach nie sprzedaje się Biblii. Powie­dział mi, abym na­ty­ch­miast u­dała się do szkoły amerykań­s­kiej, do któ­rej uczęszczał mój syn, i wypożyczyła Biblię w bib­lio­tece. Zasta­nawiałam się, czy rzeczywiście po­win­nam się tam udać czy po pro­stu odmówić mu i po­­zostać w do­mu. Wprawiało mnie w zakłopo­tanie to, jak mój mąż i wszyscy moi przyjaciele podejdą do tego. Po prostu nie mogłam sobie wyobrazić sie­­bie siedzą­cej przed nimi z Biblią! Zastanawiałam się więc, gdzie mo­głabym ją dobrze ukryć w domu, za­k­ła­dając, że ją przyniosę. Wi­dząc jednak ponownie po­ważną twarz mego anioła, zdecydo­wa­łam się po­słuchać go. Wsia­dłam więc do samochodu i udałam się do szko­­ły. Znalazłam wiele Biblii na półkach bib­liote­ki. Wy­brałam jedną i przyniosłam ją do domu. Otwar­łam ją, by czytać dokładnie tak, jak prosił mnie o to anioł. Mój wzrok spoczął na psalmach. Czy­ta­łam, ale nie ro­zumia­łam ani jednego słowa. To był znak dany przez Bo­ga, któ­­ry miał mi ukazać, do ja­kie­go stopnia by­łam ślepa.

 

Oczyszczenie

 

Mój anioł powrócił do mnie, wciąż bardzo powa­żny, i robił mi wy­mówki z powodu pe­wnych czynów z mojej przeszłości, które bardzo nie podobały się Bo­gu. Potem wyrzucał mi to, że wiele razy od­rzu­ci­łam dary Boże, których On mi udzielał, lecz ja wcale nie okazałam za nie wdzię­cz­ności.

Zaczął mi także przypominać i ukazywać grzechy, których nigdy nie wyznałam. Ukazał mi je jak na ek­ra­­nie. Przypomniał mi każde wy­darzenie oraz to, jak ba­r­dzo obrażałam Boga. Jednak najbardziej surowe wy­rzu­ty dotyczyły tego, że odrzucałam dary Boże. Mój anioł powiedział mi, że dla Boga największą znie­wagą było wypieranie się i odrzucanie Jego da­rów.

Sprawił, że ujrzałam moje grzechy oczami Boga, tak jak widzi je Bóg, a nie tak, jak my je widzimy. Były tak po­twor­ne, że pogar­dza­łam sobą, cały czas go­rzko pła­cząc. Stan, w którym się znalazłam – jak to zrozu­mia­łam dopiero później – był łaską Bożą da­ną mi po to, abym szczerze okazała skruchę. Moje grze­chy zostały mi ukazane ja­s­no, przejrzyście jak kryształ. Zobaczyłam wnętrze mojej du­szy tak wy­ra­ź­­nie, że czułam się tak, jakby była ona zupełnie od­sło­nięta.

Uświa­do­miłam sobie nagle, co odczuwał Adam i Ewa, gdy po po­peł­nieniu grzechu, Bóg zbliżył się do nich w Swojej Światłości i oni mu­sieli stanąć przed Nim twarzą w Twarz. Moja dusza była od­sło­nię­ta, od­kryta. Czułam się naga, odpychająca i brzy­d­ka. Mo­głam jedy­nie, szlochając, powiedzieć mo­je­mu a­nio­łowi, że nie zasłużyłam na no­r­malną śmierć i że taką, jaką byłam, tak straszliwie złą, trzeba by po śmierci pokroić na kawałki i rzucić hienom na po­żar­cie.

Oczyszczenie to trwało prawie tydzień. Czułam jakby ogień, ogień oczyszczający, czyszczący wnę­t­rze mojej duszy. Było to oczywiście do­­ś­wiad­czenie bardzo bolesne.

 

Stwórca uczy mnie modlitwy «Ojcze nasz...»

 

Po tym doświadczeniu, które mną wstrząsnęło, ob­jawił mi się Bóg, nasz Odwieczny Ojciec. Nie wi­działam go oczami duszy tak jak anio­ła, lecz wie­dzia­łam, że to był On i słyszałam Go. Przy­po­minam sobie, że zareagowałam na to myśląc: «Ach, to jest Bóg! Mógłby więc nam teraz pomóc!» Chyba dla­tego postawił mi pyta­nie: «Czy wierzysz, że na­pra­­w­dę mogę wam pomóc?» Odpowie­działam Mu: «Tak!»

Pamiętam, że podeszłam do okna i powiedziałam: «Popatrz! Po­patrz, co stało się ze światem!» Chcia­łam Mu pokazać, w jakim sta­nie znajduje się świat. Bóg nie zareagował. Poprosił mnie tylko o zwró­ce­nie się do Niego słowami modlitwy Ojcze nasz. Od­mó­wiłam Ojcze nasz, a On był przy mnie i słuchał. Kie­dy skończyłam, powie­dział mi, że nie był zado­wo­lo­ny ze sposobu, w jaki odmówiłam mo­dlitwę, bo mo­­d­liłam się zbyt szybko. Wtedy pow­tó­rzy­łam Mu Oj­cze nasz wol­niej. Znowu powiedział mi, że nie był za­dowolony, bo się porusza­łam. Po­prosił, a­bym znowu rozpoczęła modlitwę. Po­no­w­nie od­mó­wi­­łam Ojcze nasz i kiedy skończy­łam, Bóg powie­dział, że cały czas nie był zado­wo­lony. Mo­d­liłam się jeszcze wiele razy, lecz za ka­ż­dym razem Bóg mó­wił mi, że nie jest zadowolony. Zaczęłam się za­sta­na­wiać. Zadałam sobie pyta­nie: czyżby Bóg chciał, a­bym od­mówiła w ciągu jed­nego dnia wszy­s­t­kie Oj­cze nasz, których nie od­mawiałam przez całe la­ta? Roz­poczęłam rano, a był już wie­czór. Wreszcie Bóg o­­kazał zadowolenie. Po ka­żdym zdaniu, jakie wypo­wia­dałam, mówił z u­po­dobaniem: «Do­b­rze!»

Chcę wyjaśnić na przykładzie to, co się stało. Wy­obraźcie sobie, że przychodzi do was z wizytą kre­w­ny, którego nigdy nie widzieli­ście, bo mie­sz­kał za granicą. Na początku czujecie być może pe­wien dys­tans i będziecie zachowywać się formal­nie. Jednak im więcej czasu up­łynie, tym bardziej bę­dzie­cie się czuć mu bliżsi, bliżsi niż na po­czą­t­ku. Przy końcu dnia zauważycie, że pojawiła się sym­patia, ja­kiej wcze­śniej nie odczuwaliście.

Tak właśnie odbyło się moje pierwsze spotkanie z Bogiem. Kiedy odmawiałam Ojcze nasz, na początku byłam jakby „oddalona” od Bo­ga, lecz Jego odwie­dzi­ny – któ­­­re trwały cały dzień – zmieniły mnie. Zwra­­cając się do Niego w tej modlitwie, odczuwa­łam Jego o­be­c­ność, a słowa, z jakimi się do Niego zwra­­całam, nabierały znacze­nia. On był bardzo oj­co­w­­ski, bardzo czuły i pełen ciepła.

Intonacja Jego Gło­­su sprawiała, że czułam się bar­dzo swobodnie i w pewnym momen­cie – zamiast od­po­wiedzieć Mu: «Tak, Panie» – po­wie­działam: «Tak, Tatusiu». Później przeprosiłam Boga za to, że powiedziałam do Niego: «Tatusiu». On jed­nak stwier­­dził, że przyjął to słowo jak klejnot. Wy­da­wał się bardzo zadowolony. W taki wła­ś­nie sposób prze­konałam się, że Bóg posiada uczucia i że chciał, a­bym odmówiła tę modlitwę MOIM SERCEM.

 

Ataki szatana

 

Zanim omówię tę sprawę, chciałabym zacytować to, co napisał oj­ciec Maria Eugeniusz, w swojej ksią­ż­ce Chcę widzieć Bo­ga, na te­mat ata­ków sza­tań­s­kich: «Stawka w tej grze – polegającej na ze­tknięciu się czynnika bos­kiego z ludzkim, czystości Boga z nie­czy­stością du­szy – jest zbyt wysoka, aby szatan nie pró­­­­bował włączyć się do spra­wy z całą mocą, ja­ką dy­sponuje. Upłynie jeszcze trochę czasu i du­sza, o­czy­sz­czona mocą Ducha, nie będzie już nara­żo­na na jego napaści i sama stanie się dlań groźna. Sza­tan ko­rzysta z chwi­lowej nad duszą przewagi, o­par­tej na jej niedoskonałościach i po­wiązaniach ze świa­tem zmysłów. Święty Jan od Krzyża zauwa­ża, iż „ten prze­­­­w­rotny duch z wielką zręcznością... oszu­ku­je i ka­r­­mi dusze przez zmysły, prze­­ciwsta­wia­jąc du­chowi rzeczy zmysłowe.”[1]

Mroki panujące w tych regionach, dezorientacja duszy zagubionej wśród zupełnie no­wych doświa­d­czeń i niezwykle intensywnych cier­pień tworzą wy­ją­t­ko­wo sprzyjające warunki dla interwencji księ­cia cie­mności i kłamst­wa. Niektóre zewnętrzne oznaki spokoju i głębo­kie­go u­ciszenia zmy­s­łów pozwalają szatanowi odkryć z ła­­t­wością ob­jawienia Boże, które otrzymuje duch lu­­dz­ki. Święty Jan od Krzyża twie­rdzi, że Pan Bóg po­z­wala, że to, co dostaje się do duszy za pośre­d­­ni­ct­wem do­brego a­nioła, może być zazwyczaj zrozu­mia­­ne przez jej przeciwnika... aby sza­tan mógł im się prze­ciwstawiać w sprawiedliwej mierze, jak tyl­ko po­trafi, a także dlatego, aby nie za­rzucał, że nie mo­że ko­rzy­s­tać ze swe­go prawa do walki o duszę, jak to mówił o Hio­bie.[2]

Takie są założenia problemu nocy ducha i przy­czy­­ny, które ją wy­wo­łują. Ta noc jest spotkaniem, a raczej prawdziwą walką zorgani­zo­waną przez mi­łu­ją­cą Mądrość, która pragnie dopiero wtedy zało­żyć swo­je królestwo w duszy, kiedy zniszczy jej niedosto­so­wanie do bos­ko­ści i zwalczy wszelkie złe moce, ma­jące nad nią jakąkolwiek wła­dzę.»[3]

Cytując te słowa czynię to w tym celu, aby Czy­tel­nik lepiej zro­zu­miał, dlaczego Bóg pozwala sza­ta­no­­wi działać.

Akurat po cudownym dniu, jaki spędziłam z na­szym Niebieskim Oj­cem, piekło rozszalało się z całą wściek­łością. Szatan zaatakował mnie w bardzo dzi­ki sposób. Pierwsza rzecz, jaką usłyszałam, przy­po­­­minała brzmieniem raczej pomruk dzikiego zwie­rzę­cia niż czyjś głos. Ten pomruk zdawał się mó­wić: «O­dejdź».[4] Pomyślałam, że to «odejdź» ozna­cza, iż po­winnam przerwać rozmowy z moim a­nio­łem i z Bo­giem. Poruszona do głębi rozglądałam się na wszys­t­kie strony w poszukiwaniu mojego a­nio­ła, lecz wy­da­wało się, że szatan zajął ca­łe miejs­ce i z wie­lką nie­­nawiścią zaczął obrzucać mnie wsze­lkimi ro­dza­­ja­mi zniewag. To wywołało w mojej duszy tak wiel­ki niepokój i tak wielkie przerażenie, że – jak mi się zdaje – umarłabym, gdyby Bóg nie miał w stosunku do mnie jakiegoś planu. Nigdy wcześniej nie byłam świadkiem takiej wściekłości. Nakazałam mu odejść, lecz to – jak się wydawało – podwoiło tylko jego wście­kłość. Wydawał się sza­lony ze złości. Pieniąc się z wściekłości i jakby nie panując nad so­bą, war­czał i mówił do mnie ochrypłym głosem: «Ach! O­dejdź stąd, ty k..., odejdź stąd. Jeśli tego nie zrobisz, o­gień piekielny dokona re­sz­ty!» Pamiętam, że od­po­wiedziałam mu: «nie!». Przez to «nie» rozu­mia­łam, że nie wyrzeknę się obecności Boga ani mego a­nio­ła. Za­re­a­go­wał natychmiast. Powiedział, że jes­tem prze­k­lęta, i obrzucił mnie wszelkiego rodzaju nie­­­przy­z­woi­ty­mi obelgami.

Trudno opisać niepokój, jaki demon może wlać w duszę. Zjawi­sko to ma taki charakter, że – nawet jeśli wasz rozum mówi wam, że nie jesteście szaleni – nie udaje się wam już panować nad sobą. Nie­pokój ten powracał falami. Szatan – jakby sam nie wystarczał – wy­syłał je­sz­­cze inne demony, aby mnie atako­wa­ły. Kiedy przechodziły do ata­ku, było to czymś przera­ża­­jącym, co rozgrywało się we mnie, co nie ma nic wspólnego z jakimś wewnętrznym lękiem. To było u­czucie, od którego nie potrafiłam uciec.

W tych straszliwych chwilach – które doprowa­dza­­ły mnie czasem do przekonania, że postradałam rozum – mój biedny anioł stróż po­trafił powiedzieć mi tylko jedno słowo: «Módl się». Modliłam się więc i błagałam anioła stróża, aby mi pomógł wyjść z tego do­świa­d­czenia, ponieważ wydawało się, że bę­dzie już trwało za­wsze.

 

Walka pomiędzy moim aniołem stróżem i szatanem

 

Jakby to nie wystarczało, że byłam niepokojona w ciągu dnia, sza­tan przychodził też w no­cy. Nie pozwalał mi zasnąć. Za każdym ra­zem kiedy już zasypiałam, próbował mnie udusić. Czasem czu­łam się tak, jakby jakiś drapieżny ptak wbijał mi szpo­ny w żołądek i ściskał mnie, aby mnie u­du­sić. Odczuwałam bitwę wokół siebie, czułam się jak­by po­środku walki pomiędzy moim aniołem i de­mo­nem. Potem, pewnego dnia, wszystko urwało się, jak­by nic się nie stało. Szatan po­rzucił ataki, a ja zaz­nałam kilku dni pokoju.

Wszystkie te doświadczenia osłabiły mnie, jednak związały mnie z moim aniołem bardziej niż wcześ­niej. Anioł stróż zaczął nabierać w mo­ich oczach zna­czenia i wypełniać mi życie. Og­ro­m­nie się do nie­go przywiązywałam. U­świa­damia­łam so­bie, jak bardzo aniołowie stró­żo­wie nas strze­gą, ko­chają, tro­sz­czą się o nas, o­chraniają, pła­czą nad na­­mi, modlą się za nas, cierpią razem z nami i wszy­s­tko z nami dzielą. Troski i ra­dości przeżywają ra­zem z nami.

Demon powrócił jednak na scenę, prze­czuwał bowiem – ku swe­mu wielkiemu przerażeniu – co Bóg dla mnie prze­zna­czył. W swoim sprycie zmie­nił jed­nak strategię. Użył klasycznego sposobu, aby mnie zwieść, ukazując mi się pod postacią mojego anioła. Przywiązywał wielką wagę do sposobu przedsta­wie­nia mi Boga. Postawił sobie za cel wywołanie we mnie niewłaściwego strachu przed Bogiem. Wy­czuł bowiem, że skoro Bóg przychodzi do mnie, to dzieje się tak z po­wodu jakiejś misji. Chciał, abym uciekała przed Bogiem, gdy bę­dzie do mnie mówił.

Muszę przyznać, że na początku udało mu się mnie zwieść i wie­rzy­łam w to, co mówił mi o Bogu. Ko­rzystał z mojej niewiedzy, by wbić mi do głowy fał­szywe obrazy Boga. Przedstawił Go jako stra­sz­­liwego Sędziego, pozbawionego wyrozu­mia­łości wo­bec Swych stwo­rzeń, karzącego w prze­ra­żający spo­sób najmniejszy błąd z na­szej stro­ny. Trwa­ło to kilka dni. Doszłam do takiego stanu, że nie udawało mi się już odróżnić, kto do mnie mówił. Nie umiałam po­wie­dzieć, czy to był mój anioł czy de­mon przed­rzeź­niający go. Nie miałam nikogo, do kogo mogła­bym się zwrócić, nikogo z kim mo­głabym porozma­wiać lub poprosić o ra­dę. Byłam zupełnie sama. Nie chcia­łam również roz­mawiać o tym z moim mężem, z obawy by go nie zniechęcić.

Odtąd szatan – sądząc, że już zwycięża – zaczął za­ciskać pętlę, u­ka­zując oz­naki złości, złośliwości, wywołując we mnie zamęt. Dla po­gorszenia mojego stanu każdego kolejnego dnia przyprowadzał ze sobą jeszcze więcej demo­nów. Chciał mnie otoczyć i spra­wić, by mój anioł stróż z coraz większą trudnoś­cią wypełniał zadanie chro­­nienia mnie.

Pewnego razu Bóg pozwolił mi u­sły­szeć, co mó­wił demon, kiedy wydawał dyspozycje swoim to­wa­rzyszom, by mnie zaatakowali i spa­ra­li­żowali. Upa­d­li aniołowie osaczali mnie, wyśmie­wa­jąc się ze mnie, znieważając mnie i obrzucając wszelkimi ro­dza­jami obelg. Pogar­dli­wie nazywali mnie «dewot­ką». Bóg dopuścił to wszy­stko, bo to także był spo­sób, jakim się posłużył, by oczyścić moją du­­szę.

 

Moje oczyszczenie trwa...

 

Minęło kilka dni i nagle mój anioł nakazał mi pójść do semina­rium, znaleźć tam kapłana i pokazać mu orędzia. Zrobiłam dokład­nie tak, jak mi polecił. Jednak bardzo się zawiodłam. Miałam wielką na­dzie­­ję... tymczasem spotkałam się z ostrym odrzu­ce­niem. Kapłan sądził, że przechodzę kryzys psy­chi­cz­ny. Twierdził, że to początki schizo­frenii. Po­stanowił zbadać moje ręce. Wziął mnie za ręce i za­czął się im przyglądać. Wiedziałam, o czym myśli. U­siłował od­kryć jakieś zna­ki nienormalności, które wi­doczne są w przypadkach nie­których zaburzeń psy­chi­cznych. Uważał, że Bóg dał mu mnie jako ciężki krzyż do nie­sienia. Ponieważ wywołałam w nim litość, powie­dział, że mogę przychodzić, kiedy będę chciała.

Przy­­­chodziłam do niego co dwa, trzy dni. Nie lu­bi­­łam tych wizyt, bo traktował mnie jak ko­goś, u kogo rozpoczyna się choroba psychi­cz­na. To trwa­ło 3 może 4 miesiące. Jedynym powodem, któ­ry skła­niał mnie do wytrwałego odwiedzania go, by­ła chęć udowodnienia mu, że nie jestem chora. W koń­cu po jakimś czasie uświadomił so­bie, że byłam zdro­wa na umyśle. Pewnego dnia powiedział mi na­wet, że to mogłoby być Bożym charyzmatem.

W międzyczasie mój anioł stróż przygotowywał mnie do spotka­nia się z Bogiem i jedna z pierwszych lekcji, jakiej mi udzielił, doty­czyła ro­zeznawania. Po­u­czenia o rozeznawaniu doprowadziły de­mona do je­sz­cze większej wściekłości. Wiedział bowiem, że na­wet jeśli ukaże mi się jako anioł światłości, zo­ba­czę różnicę.

Anioł stróż powiedział mi, że jego misja już się kończy i przyjdzie do mnie Jezus. Kiedy dowie­dzia­łam się o tym, zasmuciłam się. Nie chciałam, że­by a­nioł mnie opuścił. Próbował przemówić mi do roz­są­d­ku tłumacząc, że sam jest jedynie sługą Bo­żym i że powinnam się teraz zwrócić do Boga. Próbował mi wy­jaśnić, że jego misja polegała na do­prowadzeniu mnie do Boga, na bezpiecznym skiero­wa­niu mnie ku Niemu. Jednak nie było dla mnie ni­czego boleś­niej­sze­go. Nie mo­g­łam sobie wyobrazić, że pewnego dnia nie będę już mogła porozu­mie­wać się z moim a­niołem.

Zgodnie z zapowiedzią mojego anioła Daniela pe­w­ne­go dnia Je­zus zajął jego miejsce. Kiedy mi się ob­­­jawił, postawił pytanie: «Czyj dom jest ważniej­szy, twój czy Mój Dom?». Odpowiedziałam Mu: «Twój Dom». Czułam, że był zadowolony z mojej od­­po­wie­­dzi. Po­błogo­sła­wił mnie i odszedł.

Potem znowu Pan przyszedł do mnie zamiast a­nio­ła i powiedział: «To Ja». Kiedy zobaczył, że wa­ham się, powiedział mi jasno: «To Ja, Bóg». Je­d­nak zamiast ucieszyć się, byłam smutna. Strasznie bra­ko­wa­ło mi mojego anioła. Kochałam go i naj­mniej­sza myśl, że już nie po­wróci, ponieważ jego miejs­ce za­jął Bóg, przeszkadzała mi.

Chcę tu wspomnieć, że Pan potwierdził, iż nikt ni­gdy nie ko­chał tak swojego anioła stróża jak ja i że chciałby móc kiedyś powie­dzieć: «W twojej epoce żaden czło­­wiek nie kochał Mnie tak jak ty.»

Mój anioł pozostał na dalszym planie. Bóg zadał mi pytanie: «Ko­chasz Mnie?» Odpowiedziałam: «Tak». Nie wyrzucał mi, że nie ko­cham Go wystar­cza­jąco mocno, lecz powiedział mi bardzo spokoj­nie: «Ko­chaj Mnie bardziej».

Następnym razem, kiedy Pan objawił mi się, po­wiedział mi: «Ożyw Mój Dom», a potem znowu: «Od­nów Mój Dom». Nie przy­pomi­nam sobie, czy Mu odpowiedziałam. Wiedziałam je­d­nak, że to, o co pro­sił, było dla mnie nie­mo­ż­liwe do wykonania.

W następnych dniach odwiedzał mnie albo mój a­nioł, albo Jezus, czasem równocześnie. Mój anioł po­­­­uczał mnie i prosił, abym za­warła po­kój z Bogiem. Kiedy mnie o to poprosił, byłam bardzo za­sko­czo­na. Powiedziałam mu, że nie walczę z Bo­giem. Nie ro­zu­miałam więc, jak mogę zawrzeć z Nim pokój.

Bóg poprosił mnie ponownie, abym Go kochała. Prosił, abym żyła w zażyłości z Nim, tak jak z moim a­niołem, to znaczy, abym rozma­wiała z Nim swobo­d­­nie. Nie potrafiłam tego uczynić. Wciąż odczu­wa­­łam Go jak kogoś obcego, a nie jak przyjaciela. Mój anioł przypo­m­niał mi, że sam jest tylko sługą Bożym i że Boga powinnam kochać i uwielbiać. Im bar­dziej anioł kierował mnie w stronę Boga, tym bar­dziej o­ga­r­­niała mnie panika na myśl, że mnie opuści. Mó­wił mi, że mam się zdać na Boga, ale ja tego nie ro­bi­­łam.

W międzyczasie szatan nie dawał za wygraną. Ca­ły czas miał na­dzieję, że mnie pochwyci w stanie sła­bości. Bóg pozwolił mi raz, a może dwa ra­zy us­ły­szeć rozmowę Jezusa z szatanem. Szatan pro­sił o po­z­wolenie poddania mnie doświadczeniu. Po­wie­­dział Jezusowi:

«Zobaczymy Twoją Vassulę... Two­­ja droga Vas­sula nie będzie ci wier­na, upadnie i to tym razem na dobre. Udowodnię ci to w dniach jej próby.»

Ponownie więc szatanowi zezwolono na poddanie mnie wszelkim rodzajom pokus: niewiary­go­dnych po­kus! Za każdym razem kiedy uś­wiada­mia­łam sobie istniejącą pokusę i kiedy ją pokony­wałam, sza­tan u­mieszczał na mojej drodze pokusę nową i je­sz­cze większą. Jeśli pod­dałabym się jej, do­prowadziłabym moją duszę do piekła.

Szatan po­nowił ataki. O­­ch­lapał mi palce go­rą­cą oliwą – akurat te, którymi trzy­mam ołówek, kiedy piszę. Na­ty­chmiast pojawił się pę­cherz i musiałam zabanda­żo­wać to miejsce, a­by móc utrzymać ołó­wek w czasie pisania. Demon próbował jeszcze raz i gwałtowniej niż kiedykolwiek przeszkodzić mi w ro­z­mowie z Bo­giem i w jej spi­sy­wa­niu. Pisanie było dla mnie bardzo bolesne. Za każdym razem kiedy mia­łam wyleczone palce, on parzył je na nowo i w ten sposób przez ca­łe tygo­d­­nie pisanie wiązało się z cier­pie­niem.

Kiedy udałam się z rodziną na wakacje do Taj­lan­dii, popłynęli­śmy łódką zwiedzić wyspę. W drodze po­wrotnej, gdy dopływaliśmy, sta­tek uderzył o na­b­rze­­że, a ja straciłam równowagę. Aby nie upaść, chwy­­­ciłam się odruchowo pierwszej rze­czy, jaką zobaczyłam, a była to rura wydechowa sil­nika łódki, rozgrzana do czerwoności. Opa­rzyłam sobie całą prawą dłoń. Pierwszą moją myślą było: «Co zro­bię, aby pisać?» Moja ręka puchła, stała się czer­wona i boląca. Mie­liśmy pół godziny drogi do ho­te­lu. Kiedy tam przybyliśmy, cała opu­ch­li­zna i ból mi­nęły. Nie miałam najmniejszego śladu oparzenia. Pan powie­dział mi później, że nie po­z­wolił szatanowi po­sunąć się zbyt daleko, dlatego ule­czył moją rękę.

Demon próbował więc w inny sposób przeszko­dzić mi w pisaniu. We śnie pojawił się mojemu sy­no­­­wi, który miał wtedy 10 lat. Uka­zał się w postaci sta­r­ca siedzącego przy jego łóżku i mó­wią­cego mu: «Najlepiej zrobisz, gdy pójdziesz do twojej matki i po­wiesz jej, aby przestała pisać. A je­ś­li tego nie u­czy­­ni, zrobię tak, jak postąpiłem z nią, gdy była mło­da. Przyjdę, kiedy będziesz w łó­ż­ku, pociągnę twoją głowę do tyłu i uduszę cię.»

To, o czym mówił, stało się rzeczywiście, kiedy miałam być mo­że 6 lat. Pewnej nocy, gdy leżałam w łóżku, zoba­czy­łam przede mną, tuż przy mojej szyi, dwie stra­sz­liwe ręce starca. Potem ktoś pocią­gnął mi głowę do tyłu, odsłaniając szyję. Nie stało się nic wię­cej, ale pa­mię­tam, że z tego powodu cała drża­łam.

Szatan polował na mnie od najwcześniejszych lat. Prawie co noc, kiedy miałam około 6 lat, ukazywał mi się we śnie, aby mnie stra­szyć, przyjmując postać wielkie­go czarnego psa. To był zawsze ten sam sen. Szłam wąskim korytarzem, na którego końcu był pies, wściekle warczący, gotowy, by na mnie sko­czyć i rozszarpać na kawałki. U­ciekałam w prze­ra­że­niu.

Kiedy miałam około 10 lat, zobaczyłam we śnie Jezusa. Znajdo­wał się w głębi czegoś w rodzaju ko­ry­tarza. Wi­dzia­łam Go jakby na por­trecie, tylko do piersi. U­śmie­chał się i mówił do mnie: «Chodź, po­dejdź do Mnie.» Nagle zostałam porwana przez ja­kiś powiew, któ­ry przyciągał mnie coraz bliżej Nie­go. Wystra­szy­łam się tego niezna­ne­go prądu. Kiedy Je­zus zo­baczył, że się boję, uśmiechnął się do mnie. Ten po­wiew doprowadził mnie do Jezusa, tak że w końcu mo­ja twarz przylgnęła do Jego twarzy.

W wieku około 12 lat miałam jeszcze jedno do­ś­wiad­czenie mis­ty­cz­ne. Były to moje mistyczne za­ś­lu­­biny z Jezusem. Znowu we śnie zobaczyłam, że je­s­­tem ubrana jak oblubienica, a moim oblubieńcem był Jezus. Nie mogłam Go zobaczyć, lecz wiedzia­łam, że tam był. Obecne osoby radośnie wiwatowały, w rękach miały palmy. Szliśmy w weselnym pocho­dzie. Zaraz po ceremonii weszłam do pokoju. By­ła tam nasza Matka Najświętsza, święta Maria Magda­lena oraz dwie inne święte niewiasty. Nasza Matka Najświętsza była bardzo szczę­ś­li­wa i podeszła, aby mnie uściskać. Zaraz też zaczęła popra­wiać mi su­k­­nię i włosy. Uświadomiłam sobie, że chciała, abym była piękna dla Jej Syna.

 

Szatan nadal atakuje różnymi sposobami

 

Demon wiedział, jak straszliwie boję się kara­lu­chów. Pisanie o tym przyprawia mnie o dreszcze, ale sądzę, że powinnam to uczynić, aby ukazać, jak bar­dzo szatan ze mną walczył. Pewnego dnia, kiedy wy­chodziłam z pokoju, zamknęłam drzwi. Nagle po­czu­łam, że coś leje mi się na twarz. Nie wiedziałam, co się stało. Nagle usłyszałam sza­tana, który się śmiał i żartował ze mnie: «To w ten sposób cię chrzczę. To jest rodzaj wody święconej, na jaką za­słu­gujesz!» Po chwi­li zrozumiałam, co się stało. Za­my­kając drzwi zgniotłam ogrom­ne­go kara­lu­cha... Sądziłam, że naty­ch­miast umrę z obrzydze­nia.

Nie mam zamiaru opisywać wielu różnych form ataków szatana. Chcę tylko pokazać, w jaki sposób wal­czył ze mną, aby utrudnić mi roz­pow­szech­nia­nie tego orędzia, jak przeszkadzał mi w misji, do któ­rej Pan mnie przygotowywał.

Pewnego dnia szatan na nowo postanowił zmienić strategię. Aby mnie zwieść, przyjął postać mojego zma­rłego ojca: nawet w ten sam sposób mówił, dos­ko­nale go naśladował. Mówił do mnie po fran­cu­s­ku, tak jak czasem zwracał się do mnie ojciec:

«Moja ko­­cha­na, widzisz... Bóg w Swojej litości przy­syła mnie do ciebie, aby ci powiedzieć, że się łudzisz. Jak­że mo­żesz wierzyć, że to On rozmawia z to­bą w ten spo­sób? Takie rzeczy są niemożliwe, wiesz o tym dob­rze. Jedynie obrażasz Boga, wywo­łu­jesz Jego gniew. Zastanów się... Bóg miałby do cie­bie mówić? Czy kiedy­kol­wiek sły­szałaś o czymś podobnym? Jedynie sza­leń­stwo może do­prowadzić cię do uwierzenia w coś podobnego!»

Zareago­wa­łam: «No dobrze, a co z mo­im anio­łem? Z aniołami to przecież możliwe.»

Wtedy krzyknął: «Ach, ten!» – i jego głos napeł­niła taka niena­wiść, że znowu rozpoznałam szatana.

 

Pustynia, a potem całkowite poddanie się

 

«Dlatego chcę ją przynęcić, na pustynię ją wypro­wa­dzić i mówić jej do serca...» (Oz 2,16)

 

Bóg chciał, abym obecnie całkowicie oddała się Je­mu. Zapragnął mnie ze Sobą połączyć i uczynić Swoją. Chciał mnie ukształtować i przemienić. Po­nieważ nie ofiarowywałam Mu siebie tak, jak tego pra­gnął, mu­siałam więc przejść przez inny rodzaj o­czyszczenia, aby cał­ko­wicie oddać się Bogu i zaw­rzeć z Nim pokój. Oto co się stało:

Zawo­ła­łam Boga i z wielkim zdziwieniem stwier­dzi­łam, że nikt mi nie odpowiada. Ogarnęła mnie pa­ni­ka i rozglądałam się na wszystkie strony w poszu­ki­waniu anioła. Je­go jednak również nie było. Od­czu­łam natomiast bli­s­ko siebie jakieś du­sze. Przy­chodziły jak żebracy, zbli­żały się do mnie.[5] Błagały mnie o modlitwy, o błogo­sławieństwo i o wo­dę świę­coną. Poszłam na­tych­miast do ko­ścioła i przyniosłam wo­dę święconą. Poprosiły wtedy, abym je po­kropiła, co uczyniłam. To przyciągnęło jeszcze więcej dusz. Nigdy jeszcze nie było ich tak wie­le: og­romny tłum. By­łam zdzi­wiona, bo wydawa­ło się, że to przy­nosi im ulgę w cier­pieniach i ich radość była wielka. Jedna z nich po­pro­siła mnie, abym się za nią czasem modliła i pobłogosławiła ją. Nie wie­dzia­łam, jak to zro­bić. Wte­­dy powiedziała mi, że mam odmówić prostą mo­d­lit­wę i błogosławień­stwo. Po­modliłam się tak, jak mnie o to prosiła, i pobłogo­sła­wiłam ją. Po­dzię­ko­wa­ła mi z radością i też mnie po­bło­go­s­ławiła. Wszy­stko to było dla mnie no­we, czułam je­d­nak, że to przynosi im ulgę i ra­dość. Wykorzy­sta­łam o­kazję, aby za­py­tać, czy nie wiedzą, gdzie się po­dział mój anioł i Ten, którego moje serce zaczęło już kochać. Nie otrzy­małam jednak żadnej odpowie­dzi.

Każdy dzień mijający w tej samotności wydawał mi się rokiem. Szu­kałam spokoju, ale nie mogłam go znaleźć. Byłam otoczona licz­ny­mi przyjaciółmi i zna­­jomymi, jednak nigdy nie czułam się tak sa­mo­tna i opuszczona jak wtedy. Czułam się tak, jakbym prze­­­chodziła przez piekło. Wiele razy wołałam do mo­­­jego anioła, aby do mnie po­wrócił, ale on znikł.

 

«Szukałam go, lecz nie znalazłam, wołałam go, lecz mi nie odpo­wie­dział...» (Pnp 5,6)

 

Błądziłam przez trzy tygodnie po tej pustyni, czu­jąc się raczej jak u­­marła niż żywa. Nie mogłam już tego znieść. Wtedy w tej straszli­wej no­cy, przez jaką przechodziła moja dusza, wyrwał się z mojego serca rozdzierający krzyk do Jahwe, taki jakiego nigdy wcześ­niej nie wy­dałam: «Ojcze! Gdzie jesteś? Oj­cze? Weź mnie i uczyń ze mną, co ze­chcesz! Oczyść mnie, a­byś mógł się mną posłużyć!»

Gdy z największej głębi mego serca wyrwał się ten przeszywający krzyk, Niebo się otwarło i jak grzmot odpowiedział mi pełen uczucia głos Ojca: «Ja, Bóg, kocham cię!» Słowa te były jak balsam wy­le­wa­ją­cy się na stra­sz­liwe rany zadane mojej duszy. Natychmiast je ule­czy­ły. W słowach wypowiedzianych przez Boga od­czułam Jego Nies­koń­czoną Miłość.

Zaraz po tych słowach pełnych miłości poczułam się tak, jakbym wyszła z tornada i znalazła się w spo­kojnym ogrodzie. Mój anioł po­wró­cił i z wielką czułością za­czął opatrywać moje rany: rany zadane mi, kiedy kroczyłam w nocy, po nie kończącej się pu­styni.

Jahwe poprosił mnie o otwarcie Biblii i czy­­tanie. Pierwszy frag­ment, jaki przeczytałam, wzru­­­szył mnie do łez i utwierdził, bo uka­zał mi w zaska­ku­ją­cy sposób Serce Boga. Przeczytałam słowa z Księgi Wyjścia (22,25-26): «Jeśli weźmiesz w zastaw płaszcz twego bliźnie­go, winieneś mu go oddać przed zachodem słońca, bo jest to jedyna jego szata i jedyne okrycie jego cia­ła pod­czas snu. I jeśliby się on żalił przede Mną, usły­szę go, bo jestem litościwy.»

Wszystko to miało miejsce na Wielkanoc 1986. Z przyczyn Sobie wiadomych Bóg nie wyjaśnił mi od ra­zu, co działo się ze mną przez te 3 tygodnie. Do­pie­ro po długim czasie, 22 grudnia 1990, dał mi wy­jaśnienie. Oto Jego własne Słowa:

«...Jednak to ciebie zawołało Moje Serce – Prze­paść Miłości. Pię­t­rzy­łaś w Moim Sercu strapienie za strapieniem, zdradę za zdradą. Wa­l­czyłaś przeciw Mnie, małe wątłe stworzenie... Ale Ja wiedzia­łem, że twoje serce nie jest sercem podzielonym i że kie­dy raz je zdobędę, będzie należeć całkowicie do Mnie. Narzędzie swej epoki, walczyłaś prze­ciw Mnie, ale powaliłem cię w tej walce i w pyle cią­g­ną­łem cię na pustynię, gdzie zostawiłem cię zupełnie samą.

Od początku twego istnienia obdarzyłem cię a­niołem stróżem, aby cię strzegł, pocieszał i prowa­dził, ale Moja Mądrość wydała twe­mu aniołowi stró­żowi nakaz, aby cię opuścił i aby pozostawił cię sa­mą w zmaganiu się z pustynią. Powiedziałem: «Bę­dziesz żyła pomi­mo two­jej nagości,[6] choć żaden człowiek nie jest zdolny przeżyć sam.»[7]

Szatan wziąłby zupełnie w posiadanie twoją du­szę i zabiłby cię. Je­mu jednak również został wydany Mój nakaz. Zabroniłem mu cię do­ty­kać. Wtedy w swoim prze­rażeniu przypomniałaś sobie o Mnie i po­pa­trzy­łaś w Niebo, szukając Mnie rozpaczliwie. Twe ska­­rgi i bła­gania przer­wały nagle śmiertelną ciszę, która cię otaczała, a twoje przera­żo­ne wołania prze­szyły nie­biosa, dochodząc do Najświętszej Trój­cy...

«Moje dziecko!» – odpowiedział w całym Niebie pełen radości Głos Ojca.

«Ach!... Sprawię, że ona wniknie teraz w Moje Ra­ny[8] i dam jej spo­żywać Moje Ciało i Moją Krew. Poślubię ją i stanie się Moją na ca­łą wieczność. U­każę jej Miłość, którą mam do niej, a jej wargi bę­dą odtąd Mnie spragnione, a jej serce stanie się Wspar­ciem dla Mo­jej Gło­wy. Codziennie będzie się żar­li­wie poddawać Mojej Prawo­ści. U­czynię z niej ołtarz Mojej Miłości i Mojej Męki. Ja i tylko Ja sta­nę się jej jedyną Miłością i jej jedynym Dążeniem. Wyślę ją z Moim Orę­dziem na krańce świata, aby zdo­była bez­bożny lud, który nie jest na­wet jej włas­nym. I do­b­rowolnie poniesie Mój Krzyż Po­koju i Mi­­łości, idąc drogą na Kalwarię.»

«A Ja, Duch Święty, zstąpię na nią, aby odkryć przed nią Prawdę i Nasze głębiny.[9] Poprzez nią przy­­po­mnę światu, że największym da­rem ze wszy­st­kich jest MIŁOŚĆ.»

«Świętujmy więc! Niech całe Niebo się radu­je!»[10]

Dla lepszego zrozumienia sytuacji Bóg dał mi wi­zję. Dał mi po­znać, dlaczego szatan był tak bardzo a­g­re­sywny w stosunku do mnie. Dopóki w pełni się nie nawróciłam, dopóty szatan nie prze­szkadzał mi. Był zadowolony i nie okazywał żadnej agresji. Jednak gdy od­czuł, że zwracam się do Bo­ga i że mnie u­traci, zaczął atako­wać moją du­szę. Oto wizja, którą ujrzałam:

Byłam w pokoju. Zobaczyłam pełzającego węża (szatana). Wy­daje się, że ten wąż był moim domo­wym zwie­rzęciem. Przestałam się nim in­teresować, więc już go nie karmiłam. Zgłodniały i zdzi­wiony wy­­­szedł ze swego kąta w poszukiwaniu poży­wienia. Znalazł miskę z trze­ma kiściami wi­no­­gron i poł­knął je, bo był głodny. To mu jednak nie wy­starczyło, więc popełznął w kie­ru­n­­ku kuchni, aby znaleźć coś do jedzenia. Zaczęłam uświadamiać sobie, że moje u­czucia w sto­sun­ku do niego zmieniły się i stałam się obecnie raczej jego nieprzy­ja­cielem niż przy­jacie­lem. Z tego powodu spodziewa­łam się, że będzie chciał mnie uśmiercić. Bałam się. Jednak zjawił się mój anioł stróż i zapytał, czego się boję. Opo­wie­dzia­­łam mu o wężu, a on zapro­po­no­wał, że się nim zajmie. Wahałam się, czy się przyłączyć do walki, os­ta­tecznie jednak zdecydowałam pójść do anioła, aby mu pomóc. A­nioł wziął miotłę i otworzył drzwi wejś­ciowe. Podszedł do węża i wy­gonił go. Zamknął drzwi i następnie przez okno patrzyliśmy razem na węża. Wpadł w panikę, wrócił pod drzwi, ale zastał je zamknięte. Ześliznął się po schodach w dół. Kiedy już był na ulicy zmienił się w og­romną, obrzydliwą ropuchę, a potem w złego ducha. Ludzie za­trwożyli się, złapali go, a następnie związali.

 

Kapłan potępia orędzia

 

Regularnie udawałam się do seminarium na roz­mo­wę z kapła­nem. Pewnego dnia zapytał, czy mógł­by towarzyszyć mi w czasie tego zja­wi­ska, kiedy po­rozumiewam się z Niebem. Zgodziłam się. Kiedy za­czę­­łam pisać, podszedł do mnie i złapał mnie za rę­kę, aby zobaczyć, czy będzie mnie mógł powstrzy­mać. Poczuł natychmiast rodzaj mro­wie­nia, tak jakby przez jego ramię przeszedł prąd. Nic mi nie po­wie­dział, lecz później – kiedy to odczucie jakby prądu e­lek­trycznego nie us­tępowało przez całe popołudnie – o­po­wiedział o tym doświad­cze­niu innemu kapłano­wi w seminarium. Kiedy ten drugi usłyszał o mnie i do­wiedział się o zajściu, stwierdził, że nie jest to Bo­że zja­wisko, lecz diabelskie. Postanowił się jednak ze mną zobaczyć.

Pokropił wodą święconą swój pokój, krzesło, na którym miałam u­siąść, biurko, papier i ołówek, któ­rego miałam używać. Kiedy we­sz­łam, poprosił, a­bym we­zwała «to», z czym rozmawiam, i powie­dzia­ła «te­mu czemuś», aby napisało: «Chwała Ojcu i Sy­nowi, i Du­chowi Świę­temu». Modliłam się, pro­sząc Ojca, aby napisał to dla mnie i On tak uczynił. Jed­nak zrobił to z taką siłą, że ołówek złamał się i mu­sia­łam dokończyć, używając pióra. Kapłan był roz­zło­­sz­czo­ny i równo­cze­śnie przerażony. Zaczął mi mó­wić o satanizmie, złu, magii i o nie­mych duchach. Napełnił mi głowę okropnościami. Kiedy wstałam, że­by wyjść, powiedział mi, że nie powinnam więcej przy­chodzić ani do seminarium, ani do kościoła, chy­ba że prze­sta­nę pisać na jakiś czas. Dowiedziałam się też, że powinnam zostawić w spokoju drugie­go kapłana. Dał mi trzy modlitwy do codziennego od­ma­­wiania: mo­d­li­t­wę do św. Michała Archanioła, mo­d­­litwę św. Ber­narda «Pomnij, o Najświętsza Pan­no...» oraz no­wennę do Najświęt­szego Serca Jezusa. Włożył mi rów­­nież do ręki różaniec.

Zbita z tropu poszłam do pierwszego kapłana, któ­ry był dla mnie przynajmniej grzeczniejszy, i opo­wie­działam mu o tym, co zaszło. Po­wiedziałam mu, że zdaję sobie sprawę z tego, iż nie lubi moich wi­zyt, i dlatego je zakończę. Spuścił wzrok, przechylił gło­wę na bok i nie odpowiedział. Zro­zu­miałam więc, że zgadza się na to. Jasno zo­ba­­czy­łam i zrozu­mia­łam, że nie przychodząc do niego pozbawię go na­ty­ch­­miast ciężkiego krzyża. Zrozu­mia­łam, że byłam ‘per­­sona non grata’. Wstałam więc ze słowami: «Do­póki nie będę czuła, że jestem mi­le widziana, dopóty nie zobaczycie mnie więcej w tym miejscu!» Wy­sz­łam sądząc, że na dobre opuszczam katolicki teren.

Po powrocie do domu zalałam się łzami. Mój a­nioł przyszedł mnie pocieszyć, głaszcząc mnie po gło­­wie. Skarżyłam się przed Bogiem: «Jestem w roz­ter­ce i moja dusza cierpi ponad wszelkie wyobra­że­nie. Nie wiem już, w co wierzyć. Ty mówisz, że to Ty, i moje serce czuje i wie, że to Ty. Tymczasem ka­­płan mówi, że to demon. Jeśli to Ty, w ta­kim razie chcę, aby pewnego dnia ten kapłan to przyjął i stwie­r­dził, że objawienia, które otrzymuję, są Boże, a wte­dy uwierzę!» Bóg od­po­wiedział tylko: «Ja go zeg­nę...»

Anioł był w stosunku do mnie bardzo czuły. O­wi­jał troskliwie mo­je duchowe rany. Odmawiałam co­dziennie trzy modlitwy, które ot­rzy­małam od kap­ła­na, i uczyniłam dokładnie to, co kazał mi zro­bić. Prze­­­stałam posługiwać się charyzmatem, jakiego Bóg mi udzie­lił, i u­ni­ka­łam pisania. Mieszkałam w kra­ju muzułmańskim, kupiłam więc Koran, aby go prze­studiować i porównać z Pismem Świę­tym.

Pew­ne­go dnia, kiedy robiłam notatki, ku mojemu wiel­kiemu zdzi­wie­niu nasz Niebieski Ojciec pod­szedł do mnie. Już sama Jego Obec­ność napełniła mnie nie­wy­rażalną radością. Powiedział mi: «Ja, Bóg, ko­cham cię. Córko, pamiętaj o tym zaw­sze. Jah­we jest Moje Imię.» Ciągle trzyma­łam o­łówek, posłużył się więc moją ręką, aby zapisać w moim notesie to, co właśnie powiedział. Nieco póź­niej przy­szedł po­no­wnie i powiedział mi, posługując się moją ręką: «Ja, Bóg, kocham cię. Vassulo, zaw­sze o tym pamiętaj. To naprawdę Ja cię prowadzę. Ja­h­we jest Moje Imię.» To było tak wzruszające, że rozpły­nęłam się we łzach. Czułam się jak w wię­zie­niu. Zakazano mi roz­mawiać z mo­im Ojcem, zaka­za­no mi mieć jaką­kol­wiek łączność z Niebem, zaka­za­no mi posługiwać się darem, jaki Sam Bóg mi dał, i zakazano mi iść drogą, na której mogłam zbliżyć się do mego Nie­bieskiego Ojca. Kto pomimo tych wszy­­s­tkich zakazów przy­szedł mnie odwiedzić w moim «więzieniu»? Ten, któ­ry kocha mnie naj­bar­dziej! Naj­czulszy Oj­ciec, Ten, który trzyma cały wszech­świat w zagłębieniu Swej dło­ni, On okazał mi Swoje przywiązanie i mi­łość.

 

Prześladowania ze strony kapłana

 

Kapłan jednak nie ustąpił. Pisał do mnie listy, aby wyjaśnić mi, że wszystko to było tylko stertą śmie­ci i że wystarczyłoby, żebym po­pa­trzyła na sa­mą siebie, aby zrozumieć, że taka łaska nigdy nie może mi być dana. Spotkałam się z nim pono­w­nie. Takie łaski – stwierdził – by­ły dla ludzi, którzy pracują dla Boga, jak Matka Teresa na przy­k­ład, i wyciągając rękę, po­kazał mi wszystkie swoje książki w bi­blio­te­cz­ce. Po­tem próbował mnie przestraszyć mówiąc, że wszy­stko to było diabelskie. Mówił to po to, abym porzu­ci­­ła pisanie. Udało mu się to częś­cio­wo. Potem za każdym razem, gdy przychodził do mnie Bóg, ignorowałam Go. Z ledwo­ś­cią mogłam zaakce­p­tować mo­jego a­nioła. Gdy sły­szałam Boga mó­wią­­­cego: «Ja, Jahwe, ko­cham cię», u­da­wałam, że nic nie słyszę, i nie pozwalałam, aby to zostało za­pisane. Gdy przychodził do mnie Jezus mówiąc: «Pokój, Moje dzie­c­ko», od­wracałam się od Niego i przega­nia­łam Go, uwa­ża­jąc za de­mo­na.

Kapła­nowi udało się wbić mi w głowę, że Bóg nie może po­ro­zu­miewać się z taką osobą jak ja, bowiem przychodził jedynie do osób świę­tych. Czasem sta­wa­łam się bardzo agresywna, gdy Jezus zaczy­nał do mnie mówić, bo sądziłam, że to był de­mon. Cały czas gwał­to­w­nie Go odpycha­łam. W końcu Mądrość znalazła drogę. Mój anioł przy­­szedł mi powiedzieć, że ma mi do przekazania orę­dzie Jezusa i chciałby mi je dać. Stał się po­śred­ni­kiem.

To była droga, którą mogłam zaakceptować, ale nie zawsze, bo byłam jeszcze pod wpły­wem słów duchownego. Jak i dlaczego Oczy Świę­te­go Świę­­tych miałyby spocząć na duszy tak godnej po­­ża­ło­wa­nia jak moja? Już to mi wystarczało. Jakże mo­g­łam wierzyć, że Bóg, Wszechmogący, może mó­wić do mnie i porozumiewać się ze mną w sposób tak pro­sty! W całym moim życiu o czymś takim nie sły­szałam. Można to znaleźć tylko w Biblii: Moj­żesz, Abraham i pro­ro­cy, lecz była to inna hi­s­to­ria i w in­nej epoce. Co do mnie było to kła­m­s­t­wo, złu­­dzenie – o­to, co mi o tym mówio­no. Jednak­ mój duch drżał, bo wie­­dzia­łam, że to przydarza mi się na­pra­w­dę i nie je­s­tem sza­lona. Z cza­sem ra­ny, jakie za­da­­li mi kapłani, za­czę­ły się powoli go­ić.

 

Podjęcie na nowo rozmowy z Bogiem

 

Mój anioł przynosił mi wielki pokój, kiedy prze­mawiał do mnie ka­ż­dego dnia całymi godzinami. Od czasu do czasu, aby Jezus mógł wy­powiedzieć Swo­je Boskie słowa, robił Mu miejsce. Za pierw­szym ra­zem, kiedy to się stało, miałam zamiar wy­mazać te sło­wa, bo przy­rze­kłam sobie, że ich nie za­pi­szę. A­nioł zadziałał jednak pro­sząc mnie o zrozu­mie­nie i o po­zostawienie tych słów, bo napra­w­dę pocho­dziły od Jezusa: «Ja, Jezus, kocham cię.»

To by­ły pier­wsze słowa, jakie Jezus zapisał po tym kry­­zy­sie. Zro­bił to 20 czerwca 1986. Powoli, ba­r­dzo po­woli, krok po kroku i zawsze bardzo deli­kat­nie Je­zus pod­chodził coraz bliżej mnie.

9 lipca 1986 Bóg powiedział: «Ja, Bóg, kocham cię». Anioł, wi­dząc moje wahanie, poprosił mnie na­ty­chmiast o zachowanie tych słów. Powiedział, że ka­­­­ż­de słowo zostało rzeczywiście dane przez Bo­ga i że Bóg jest blisko mnie.

Następne orędzie – dane bez­po­ś­re­dnio przez Bo­ga, również w li­p­cu 1986 – było nastę­pu­jące: «Na­kar­mi­łem cię.[11] Przyszedłem dać ci po­karm. Proszę cię, po­móż innym, dając również im ten pokarm. Pro­­wadź ich do Mnie i spraw przez to, że za­kwi­tną. Dałem ci Mi­łość, idź więc za Mną. Wy­ró­ż­niłem cię, dając ci ten po­karm. Udzie­laj go też innym lu­dziom, aby w nim za­smako­wali.»

Potem, 31 lipca 1986, Jezus przyszedł ponownie, tym razem jako Najświętsze Serce, i powiedział mi: «Zajmij miejsce, Moja umiło­wa­na, pośrodku Mojego Serca. Tam będziesz żyła.»

7 sierpnia 1986 jeszcze jeden raz przemówił do mnie Ojciec, da­jąc mi to orędzie: «Ja, Bóg, wiążę cię ze Sobą.» Wystraszona i nie­ufna poprosiłam Go bar­dzo oschle, aby na nowo powiedział mi, jak się na­zy­wa. Odpowiedział: «Jahwe.» Napełniła mnie ra­dość i mi­łość. Czu­łam ogień w duszy z powodu go­rą­cego pra­­gnienia Boga. Powie­dzia­łam: «Kocham Cię, Oj­cze Przedwieczny.» Odpowiedział: «Kochaj Mnie, u­­wiel­biaj Mnie, twojego Boga. Ja je­s­tem twoim Przed­­wie­cz­nym Ojcem.» Zapytałam Go wtedy: «Czy odczuwasz moje radości, moje niepo­ko­je, moje o­ba­wy, moją miłość i moje za­kłopo­tanie?» Od­po­wie­dział: «Tak». Powiedziałam więc: «W takim razie wiesz, co od­czuwam teraz. Ro­zu­miesz mnie w peł­ni.» Powie­dział z wielką czu­ło­ś­cią: «Tak, wszystko to odczuwam, Moja umi­łowana.»

To był pierwszy przekaz, jaki otrzymałam od Bo­ga po upływie dłu­giego czasu, po odrzuceniu Go ze strachu. Bóg mówił dalej, cho­ciaż wiedział, że dzi­wiło mnie to, o czym mówił. Powiedział: «Wszy­st­kich was ko­cham. To jest po prostu przypomnienie, a­byś przypo­m­niała sobie, jakie są twoje początki. Rozdawaj Mo­je orę­dzie.»

Jak wyjaśniłam to już na początku, wszystkie pie­r­wsze orędzia, któ­re otrzymywałam, były bardzo kró­tkie. Przypominały raczej tele­gra­my niż orędzia. U­ży­wałam jakiegokolwiek papieru, byle tylko móc za­pisać. Kiedy jednak nadszedł moment, aby podjąć mo­ją mi­sję, Duch Święty natchnął mnie, aby używać odtąd zeszytów i sta­wiać da­ty przy orędziach oraz nu­merować stro­ny.

W czasie lektury orędzi mojego anioła można za­uwa­żyć, że pier­w­sza zaznaczona data to 8 maja 1986. Nie znaczy to, że pierwsze spot­ka­nie z anio­łem miało miejsce w tym dniu. Pierwsze spotkanie od­było się pod koniec listopada 1985. Do zapisania orędzi używa­łam wtedy różnych kawałków papie­ru, jakie znajdowałam pod ręką. Kartek tych było co­raz więcej. Odczuwałam w moim sercu, że jesz­cze nie nad­szedł moment podzielenia się tymi przeka­za­mi z innymi. Uświada­mia­łam sobie, że otrzymałam szcze­gól­ną łaskę. Obawiałam się jednak, że zjawisko to może być źle zrozumiane przez ludzi, dlatego trzymałam ten dar w ukryciu tak długo jak długo było to możliwe. Po­wiedziałam o tym nadzwyczajnym darze tylko kil­ku osobom, do których miałam zaufanie.

Kiedy nagromadziło się wiele zapisanego papieru, znisz­czy­łam za­pi­ski i wyrzuciłam. Pewnego dnia, prze­­cho­dząc przez kuchnię, zoba­czy­łam jednego z na­szych słu­żą­cych trzymających w ręce jakieś po­ro­zrywane kawałki papieru. Widziałam, jak je roz­wijał i starannie pro­s­to­wał, aby dołączyć je do in­nych kawałków w taki sposób, by uło­żyć na nowo ca­łą kartkę. Pieczo­ło­wi­tość, z jaką to robił, uderzyła mnie. Zoba­czyłam, jak po przeczytaniu orędzia tro­s­kliwie schował je do swe­go notesu. Pomy­ś­lałam, że widocznie zrobiło na nim wra­żenie jedno z orędzi za­­pisanych na tych kartkach pa­pie­ru. Nie mo­głam mu powiedzieć o tym, co mi się przy­darzyło, bo obawiałam się, że może mnie to ośmieszyć w o­czach domowej służby. Od tej chwi­li postano­wi­łam orędzia palić zamiast wyrzucać kartki do ko­sza.

Chciałabym dodać, że całymi dniami porozu­mie­wa­łam się z moim aniołem również przez nadzwy­czaj­­ne światło wlewane dzięki łasce Bożej bezpo­śred­nio do mojego umysłu. Moja dusza nie po­trze­bo­wała wtedy żadnego porozumiewania się przez pisa­nie. Już w samej obe­c­ności anioła rozumiała ona o wiele więcej niż wtedy, gdy było mi coś przeka­zy­wane w formie pisma lub lokucji.[12] Oznacza to, że nie mu­sia­łam zawsze pisać, aby zrozumieć mojego a­nioła lub aby odczuć jego obecność przy mnie.

I tak przez około pięć miesięcy przed 8 maja 1986 doświadczałam już nadzwyczajnych znaków. Mia­łam różne wizje i otrzymywałam pi­se­mne przekazy. Mó­wię o pięciu a nie o sześciu miesiącach, po­nie­waż przez jeden miesiąc – zanim zaczęłam zapisy­wać pier­­­wszy zeszyt – Bóg przeprowadził mnie przez je­d­­no z najstraszliwszych oczysz­czeń, jakie przeży­łam, odkąd zaczęłam otrzymywać te nad­zwyczajne łaski.

Oczyszczenie to miało miejsce w okresie wielka­no­c­nym w 1986. Bóg oddalił mojego anioła i zamk­nął Niebo, pozostawiając mnie przez jakiś czas w sta­­nie najmroczniejszej nocy ducha. Opowie­dzia­łam już o tym oczyszczeniu we fragmencie wprowa­dze­nia zatytu­ło­wanym: «Pustynia, a potem całkowite pod­­danie się». Bóg dał mi poznać to strapienie, aby moja dusza zro­zumiała, jak bardzo Go po­trze­buje. W ciągu tej nocy ducha moja dusza uświado­miła sobie rów­nież, jak bardzo przez wszystkie te lata obra­ża­łam Boga. Zrozu­mia­łam też, że pomimo moich znie­wag Jego miło­sier­dzie wobec mnie nie zmieniło się. To była go­dzina najgłębszej nadziei. Bóg był w tym wszystkim, czekając na moje poddanie się. Moja du­sza, wtedy już znie­wo­lona i przyciągnięta przez Nie­go, została powalona agonią z po­wodu niezdol­ności zbliżenia się do Nieba i do bycia z Nim oraz z moim aniołem.

Bóg oczekiwał, że moja dusza otworzy się szero­ko na Bo­że dzia­ła­nie Jego Świętego Ducha. Pragnął jej pełnego oddania się oraz tego, by wszystko co mo­­gło przeszkadzać potężnemu dzia­łaniu Jego Świę­te­go Ducha na zawsze zostało usunięte. Każde włók­no mojego serca wo­łało do Niego, oddając Mu sie­bie. Wtedy natychmiast, bez wa­ha­nia bramy Niebios otwarły się dla mnie, abym tam weszła, pozwalając Du­chowi Świętemu rozpocząć Jego działanie we mnie. Oczyszczenie dokonało się.

Na początku mojej misji, zaraz po dokonaniu tego o­czyszczenia, Bóg natchnął mnie, ażebym notowała w ze­szytach, numerowała stro­ni­ce i zapisywała daty. O­­trzymałam potwierdzenie, że było to zgodne z wo­lą Bożą, bo znajomy kapłan niemiecki, ojciec Karl, stwierdził, że by­łoby dobrze zapisywać orędzia w zeszytach i noto­wać ich daty...

Nie sądzę, abym mogła wyjaśnić powody, dla któ­rych Bóg nie na­tchnął mnie od razu do tego, abym od początku «otwarła» zeszyty, jak natchnął mnie do tego później. Nie umiem też wyjaśnić, dla­czego On po­zwo­lił, żebym na początku zapisywała wszystko na ma­­łych ka­wa­ł­kach papieru. Nic na ten temat nie wiem. Nie mam też zamiaru zgłę­biać tajemnic i za­mia­­rów Boga, by próbować znaleźć odpowiedź na to pytanie. Jemu spodobało się dać mi poznać tylko to, co chce, że­bym wiedziała.

W międzyczasie mimo wszystko kontaktowałam się z kapłanami. Jednak przesta­łam mówić o orę­dziach temu, który je potępił i który wywołał tyle mo­­­ich cierpień. Po ja­kimś czasie po­stanowiłam mu po­wie­dzieć, że wciąż otrzymuję orędzia i że je za­pi­su­ję. Przypominam so­bie, że zaprosiłam tego kapłana do domu, gdzie czułam się swo­bo­d­niej, aby powie­dzieć mu, że cały czas rozmawiam z Bogiem. Są­dzi­łam, że powinnam go o tym poinformować. Powie­dzia­łam o tym, choć z pewnością nie było to dla nie­go przyjemne. Jednak on po­pro­sił mnie o pokazanie mu za­pisków. Wtedy zamiast pojedynczych kar­tek pa­pie­­ru, jak wcześniej, pokazałam mu moje zeszyty. Na jego pro­ś­bę pożyczyłam mu jeden lub dwa. Na­za­jutrz o­trzymałam od niego bardzo przykry list naka­zujący mi spalenie wszystkich moich zeszy­tów i pójś­cie do przyjaciół, którzy je czytali, aby wszystko wymazali ze swojej pamięci.

Wydaje mi się, że w je­go za­chowaniu roz­pozna­łam coś z działa­nia sza­tana. Przekazałam przy­ja­cio­łom jego słowa i bar­­dzo się na niego roz­­gnie­wali. Po­szłam więc do nie­go, aby prze­ka­zać ich reak­cje i ode­brać moje ze­szy­ty. Stwierdził, że teraz z pewnoś­cią Bóg wpadnie w gniew z mo­jego powodu i że po­zo­stawi mnie na łas­ce losu. Po­wie­dział też, że Bóg jest cierpliwy je­den lub dwa ra­zy, lecz teraz, po­nie­waż nie po­słu­chałam, zostawi mnie demonowi.

Lekcje rozeznawania, jakich udzielał mi a­nioł, za­częły owocować i stawały się dla mnie bar­dzo u­ży­­teczne w tym szczególnym mo­men­cie. Tym razem nie można mnie było zmylić. Odpowiedziałam kap­ła­no­wi na list. Stwierdziłam, że jego Bóg nie jest mo­im Bogiem, bo je­go Bóg jest Bogiem okru­t­­nym, szybko wpadającym w gniew, nie­cier­p­liwym, nie­tolerancyjnym, pozbawionym miłości. Jego Bóg prze­ba­cza tylko jeden lub dwa razy, a potem odw­ra­ca się plecami i wrzuca dusze do piekła, jeśli nie po­s­łuchają. Tymczasem Bóg – którego ja znam, Ten, z którym codziennie rozmawiam, mój Bóg – jest samą Miłością, jest nieskończenie cierpliwy, wyrozumiały i czuły. Mój Bóg – który do mnie mówi, który po­chy­­la się z Niebios – jest łagodny i po­korny, niesko­ry do gnie­wu, miłosierny i ogarnia moją duszę jedy­nie mi­łością. Mój Bóg, który nawiedza mnie co­dzien­­nie w moim po­koju – Ten, którego on oskarża o to, że jest de­monem – otacza moją duszę pokojem i ufnością. Mój Bóg karmi mnie duchowo, powięk­sza­jąc moją wia­rę w Niego. Uczy mnie rze­czy du­cho­­wych i od­kry­­wa przede mną Bogactwa Swego Ser­ca.

Kapłan poprosił mnie wtedy, abym spróbowała jeszcze przez kilka dni nie pisać, aby zobaczyć, co się stanie. Spędziłam więc kilka dni nie pisząc, tak jak tego chciał. Modliłam się pytając, kto na­prawdę mną kieruje w ten szczególny sposób. Pytałam, czy o­­rędzia rzeczy­wi­ś­cie pochodzą od Boga. On od­po­wie­­dział mi i jasno usły­szałam Jego słowa: «Ja, Jah­we cię prowadzę.» Nic więcej. Bóg od­powiedział mi stosownie do mojej modlitwy.

Nadal otrzymywałam przekazy. Pewnego dnia, 15 grudnia 1986, Bóg dał mi następujące orędzie: «Mo­ja córko, cała Mądrość pocho­dzi ode Mnie. Czy pra­g­niesz Mą­drości?» Nie uświadamiając sobie te­go, co Bóg mi ofiarowywał, odpowiedziałam Mu po prostu: «Tak, Pa­nie». Powiedział mi wtedy, że da mi Mąd­rość, lecz że powinnam Ją zdobywać, jeśli chcę Ją mieć. Gdy zobaczył, że zastanawiam się, jak to zro­­bić, po­wiedział, że On jest Wszechmogący i że mnie po­u­czy. Zastanawiałam się nad tym, co Bóg mi o­fia­ro­wał, i im więcej roz­myślałam, tym bardziej u­ś­wia­da­miałam sobie ogrom udzielonego mi daru. U­ś­wia­do­miłam sobie, że nawet Mu nie podzię­ko­wa­łam! Na­­s­tępnego dnia wyraziłam Mu więc moją wdzię­cz­ność, a On po­no­w­nie stwierdził, że muszę zdobywać Mądrość, w czym sam mi po­mo­że, i że nie powin­nam się zniechęcać.

 

«Czy chcesz Mi służyć?»

 

Zauważyłam jeszcze jedną rzecz, to mianowicie, że Jezus coraz czę­ściej zajmował miejsce anioła. Przy­­cho­dził jako Najświętsze Ser­ce. Pewnego dnia za­sko­czył mnie Swoim pytaniem. Zapytał Mnie, czy chciałabym Mu służyć.[13] Ogarnął mnie strach i za­wa­­hałam się. Nie pozwoliłam, żeby zostało to zapi­sa­­­ne jak inne orędzia.[14] Wy­stra­szy­łam się, że każe mi spakować walizki i opuścić dom, żeby wstą­pić do kla­sztoru i zostać zakonnicą. Nie byłam w ogóle na to gotowa i nie chciałam tego. Moim brakiem za­u­fa­nia zawiodłam Go i zau­wa­ży­łam Jego smutek. Ujaw­nił się on w tonie Jego Głosu, gdy powie­dział: «Mo­­gę przebywać w tobie, pomimo twojej za­dzi­wiającej sła­bości.»

Było mi bardzo smutno, że Go zawiodłam, oba­wia­­łam się jednak nie­­wia­domej. Jezus wypowiedział dokładnie takie słowa: «Je­śli bę­dziesz Mi służyć, u­ja­w­nię w tobie jedynie mękę». Nie rozumiejąc, po­w­tó­rzyłam: «...mękę...». Powiedział: «Tak, mękę. Czy chcesz...» O­de­r­­wałam rękę, aby nie pisać dalej, jed­nak wszystko słyszałam.

Całą noc zastanawiałam się nad tym. Potem pod­jęłam decyzję rzu­ce­nia się w to nieznane, posta­no­wi­łam zdać się na Jego Wolę. I tak sa­ma powróciłam do Jego pyta­nia. Zapytałam Go: «Czy chcesz, a­bym Ci służyła?» Natychmiast odczułam Jego radość. Od­powie­dział: «Tak, chcę. Bardzo tego chcę, Vassulo. Chodź, po­ka­żę ci, gdzie i jak możesz Mi służyć... Pra­cuj i służ Mi jak teraz. Bądź taka, jaka jesteś. Po­trzebuję sług zdolnych Mi służyć tam, gdzie naj­bar­dziej brakuje mi­łości. Jednak pracuj ciężko, bo żyjesz wśród złych i niewierzących. Jesteś po­śród nikczemnych głębokości grzechu. Masz służyć Bogu tam, gdzie panują ciemności. Nie zaznasz spo­czynku. Będziesz Mi słu­żyć tam, gdzie wszelkie do­bro jest zamie­nione na zło. Tak, służ Mi pośród nę­dzy, pośród niegodziwości i nieprawości świata. Służ Mi pomiędzy bezbożnymi, pomiędzy tymi, któ­rzy wy­śmiewają się ze Mnie, pomiędzy tymi, którzy prze­szywają Moje Serce. Służ Mi po­między bi­czu­ją­cymi Mnie, pomiędzy oskar­żającymi Mnie. Służ Mi po­między tymi, którzy ponownie Mnie krzyżują i plu­ją na Mnie. Och! Vassulo, jak bardzo cierpię! Przyjdź Mnie pocieszyć!... Smuć się i cierp razem ze Mną, dzieląc Mój Krzyż...»[15]

Od tego czasu Boże pouczenia następowały jedne po drugich i rozmowy z Nim stały się czymś co­dzien­­nym. Trwają aż do dnia, w któ­rym piszę te sło­wa. Bóg zapo­wie­dział mi, że Jego charyzmat zo­stał mi udzielony aż do końca moich dni na ziemi.

 

 

[1] Żywy płomień miłości 3, 64, t. II s. 321. Wyd. OO. Kar­me­li­tów Bosych, Kraków 1984.

[2] Noc ciemna II, 23, 6, t. I s. 512.

[3] Przekład za: O. Maria Eugeniusz od Dzieciątka Jezus Jestem córką Kościoła Wyd. OO. Karmelitów Bosych, Kraków 1984, s. 329-330. (Przyp. red.)

[4] Po ang. «Go!». (Przyp. tłum.)

[5] W wieku dorastania zdarzało mi się widzieć oczami mojej duszy wie­le dusz, które mnie otaczały. Kiedy widziałam wszystkie te du­sze, mó­­wiłam do siebie zazwyczaj: «Ach! To znowu ci umarli!» Wy­da­wa­ło się, że zajmują cały pokój, w którym się znajdowałam. Wy­da­wa­ło się, że siedzą na podłodze, zupełnie blisko siebie. Czułam, że jest im dobrze w mojej obecności. Wyglądały wszystkie tak samo: blade, bez włosów, całe poszarzałe. Były szare jak popiół. Nie wy­da­wały żadnego odgłosu i zachowywały się tak, jakby nie chcia­ły mi przeszkadzać. Byłam świadkiem podobnej sceny dość często. Powta­rza­ło się to przez wiele lat. Później Jezus mi to wyjaśnił. Po­wie­dział mi, że te dusze czekały na moje mo­dlitwy, kiedy już się na­wrócę.

[6] Byłam «naga» (czyli pozbawiona wszystkiego) od czasu, kiedy mój anioł stróż i całe Niebo od­wróciło się ode mnie.

[7] To znaczy opuszczony przez Niebo.

[8] Teraz mówi Syn.

[9] Głębiny Trójcy Świętej. (Por. 1 Kor 2,10n – przyp. red.)

[10] To mówi cała Trójca Święta. Najpierw mówił Ojciec, potem Syn, następnie Duch Święty, a wreszcie jednym głosem Trójca Święta.

[11] W znaczeniu duchowym.

[12] Wewnętrzne słyszenie.

[13] Służyć poprzez wypełnienie tej misji.

[14] Vassula ma taką możliwość, bo najpierw słyszy słowa, a na­s­tępnie je zapisuje. Nie jest to więc pismo automatyczne, co się jej nie­­słusznie zarzuca. W cza­sie pisania Vas­sula za­chowuje w pełni wo­lną wolę i panuje nad sy­tu­acją, dlatego w tym wypadku nie chcia­ła za­pi­sać pytania Jezusa z obawy przed koniecznością podjęcia de­cyzji. (Przyp. red.)

[15] 24.05.87.

 

Vassula zapisuje orędzie